Pokazywanie postów oznaczonych etykietą PROJEKT DENKO. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą PROJEKT DENKO. Pokaż wszystkie posty

8 grudnia 2012

To co dobre kończy się .... czyli „Projekt denko naturalnych kosmetyków” według Bianki - odsłona listopadowa

Ani się obejrzymy a już będą święta... Czas prezentów. Może i do mnie trafią jakieś kosmetyczne perełki? 
Pokończyło mi się kilka kosmetyków. Ale to dobrze. Przyjęłam zasadę, że nie kupuję kolejnego kosmetyku z danego rodzaju, póki nie skończę tego co mam.
 
 
Wyjątkowo długo była ze mną pianka do mycia twarzy Funny Bee. Producent obiecywał, że wystarczy na dwa miesiące.
 
Spotkała mnie miła niespodzianka. Pianka jest bardzo wydajna. Pomimo tego, że używałam jej każdego dnia nie skończyła się po dwóch miesiącach. Towarzyszyła mi każdego poranka jeszcze przez następne dwa miesiące. Nigdy nie miałam tak dobrego kosmetyku do mycia twarzy. Jego recenzję przeczytacie tutaj (klik).
Do pielęgnacji twarzy przez ostatnie dwa miesiące używałam Organicznego toniku do twarzy Argacos.
 
 
Wrócę do niego wiosną. Zdecydowanie poprawił stan mojej mieszanej cery. Sprawił, że obecnie bliższa jest normalnej. Recenzję przeczytacie tutaj (klik).
Ciało rozpieszczałam jeden raz w tygodniu żelem peelingującym z ałunem i olejem arganowym Aluna.
 
 
Opakowanie wystarczyło mi na 10 aplikacji. Bardzo podoba mi się zapach tego kosmetyku. Kwiaty pomarańczy uwodzą  zdecydowaną wonią. Nie ma w niej nic słodkiego i cukierkowatego. Zużyję moje savon noir i zakupię kolejne opakowanie. Zainteresowanych recenzją odsyłam tutaj (klik).
Tak jak już wcześniej pisałam odkryłam w mojej ocenie najlepsze płatki kosmetyczne jakie można sobie wyobrazić. Czysta bawełna i nic więcej. Mówię o płatkach Douce Nature.
 
 
Lubię te owalne. Jako, że  jestem oszczędna taki owalny płatek przecinam na pół i mam dwa. Jednego używam do zmycia makijażu oczu, a drugim nakładam tonik bądź hydrolat. Jeśli chodzi o płatki kosmetyczne Douce Nature, ich opakowania poddaję pewnemu eksperymentowi. Zakopałam je w ogrodzie. Opakowanie biodegradowalne powinno zniknąć po kilku miesiącach. Zobaczymy wiosną… Recenzję płatków napisałam dość dawno temu. Jeśli ciekawi Was ten produkt odsyłam do recenzji (klik).
Pora na finansowe podsumowanie. Koszt kosmetyków to 254,80 zł.
Kosmetyki te zaliczyłabym do luksusowych. Każdy z nich może okazać się fantastycznym gwiadkowym upominkiem.
Zapraszam za zakupy do Biolandera
Z moim kodem rabatowym ep-0882 5 % taniej!

1 listopada 2012

To co dobre kończy się .... czyli „Projekt denko naturalnych kosmetyków” według Bianki - odsłona październikowa

Mamy już listopad … Czas tak szybko biegnie.
Podobnie tak we wrześniu, denko październikowe także jest dość skromne.
Dwa szampony, dwa mydełka, dezodorant, płyn micelarny oraz krem do rąk.
 
 
Oba szampony przypadły bardzo moim włosom do gustu.
Szampon do włosów jasnych Argile Provence (klik) oraz szampon wzmacniający Reve de Provence (klik) utrzymywały moje włosy w dobrej kondycji. Przed każdym myciem na włosy nakładam olej monoi. Oba równie dobrze radziły sobie ze zmywaniem oleju. Na stałe u mnie będą gościć.
Stałym gościem jest także u mnie mydło z Aleppo. Cała rodzina lubi Alepię Excellence 5 %  (klik). Ja także lubię mydła różane. Każdego muszę wypróbować. Róża eglantine Mariusa Fabra jest delikatna. Na myśl przywodzi letni różany ogród. Już wkrótce bliżej przedstawię Wam to mydełko.
Pod znakiem róży był także dezodorant Aluny (klik).
Krem do rąk to moja rzeczywistość zawodowa. W domu sporadycznie używam kremu do rąk. W pracy to konieczność (klik).
Kolejny raz uświadomiłam sobie, że wciąż na recenzję czeka micel z Argile Provence. Ilość opróżnionych butelek to lepsza rekomendacja niż najpiękniejsze słowa.
Pora na finansowe podsumowanie. Koszt kosmetyków to 181,40 zł.
Kolejny miesiąc utwierdzam się w przekonaniu, że warto inwestować w naturalne kosmetyki.


 

14 października 2012

To co dobre kończy się .... czyli „Projekt denko naturalnych kosmetyków” według Bianki - odsłona wrześniowa

Dopiero w połowie października przychodzę z moim wrześniowym denkiem.
Tak jak najlepszymi przyjaciółmi kobiety są diamenty, tak najlepszym przyjacielem blogerki jest oczywiście aparat fotograficzny.
Wczoraj z samego rana pojechałam do serwisu odebrać mojego kochanego przyjaciela. Prawie trzy tygodnie bez niego były niesamowita męczarnią. Już wczoraj wczesnym popołudniem ruszyłam zatrzymywać jesienne chwile w obiektywie. Ciepła, miękka barwa jesiennego światła wyczarowuje niesamowite obrazy. Pokazałam Wam ich kilka. Bardzo lubię fotografować jesień.
Dzisiaj już czas na kosmetyki.
Moje wrześniowe denko jest bardzo skromne. Latem uzupełniałam moje kosmetyczne zapasy. Jak wielokrotnie podkreślałam naturalnych kosmetyków używam znacznie mniej. Są takie produkty , których nie ma w mojej łazience.
We wrześniu zniknęły dwa mydełka i jeden szampon.
 
 
Oba mydełka, mimo, że różnych producentów, mają jedną cechę wspólną. Oczywiście poza tą, że są to mydła naturalne. Oba zostały wytworzone w procesie zmydlania na zimno. Bogate więc są w naturalną glicerynę. Mówię o Alepii jaśminowej (klik) i mydełku Gaiia Le tonique (klik).
Trzecim kosmetykiem jesz szampon Argile Provence Wzmacniający z zieloną glinką. Na jego recenzję przyjdzie jeszcze poczekać. Jeśli chodzi o szampony mam taką zasadę, że szamponu nie recenzuję po zużyciu tylko jednego opakowania. Wyjątkiem był litrowy Douce Nature. Muszę być pewna stałości działania szamponu. Ostatnio czytałam kilka recenzji szamponów rosyjskiej marki Natura Siberica. Na początku dużo zachwytów, a potem w komentarzach informacje, że jednak coś nie tak. Dla mnie jest ważne, że na szampon przy pierwszym myciu jak i tym n-tym moje włosy zareagują tak samo.
Pora na finansowe podsumowanie. Koszt kosmetyków to 77,00 zł.
Pewnie już za dwa tygodnie kolejne denko. Zapowiada się równie skromnie.
Moje kosmetyki pochodzą ze sklepu Biolander.
 
 

2 września 2012

To co dobre kończy się .... czyli „Projekt denko naturalnych kosmetyków” według Bianki - odsłona sierpniowa

Pisząc denkowego posta kolejny raz utwierdzam się w przekonaniu, że naturalne kosmetyki są wydajne. Przeglądając inne blogi widzę, że wiele dziewczyn zużywa bardzo dużą ilość kosmetyków. Jak pomyślę, ile w nich chemii to ogrania mnie przerażenie. A cenowo? Myślę, że wypadamy podobnie. Dobrze, że nie należę do osób, które szybko nudzą się kosmetykami. Wiele z tych pokazywanych  dzisiaj kosmetyków towarzyszyło mi przez wiele miesięcy i przyszłości towarzyszyć będzie mi nadal.
 
 
Jak zwykle mydełka zmieniają się najczęściej. Lato to zapach lawendy i dlatego używaliśmy mydełka lawendowego. Jego recenzję przeczytacie tutaj. Bardzo lubię mydła z dodatkiem miodu. Masło karite i miód to prawdziwe ukojenie dla suchej skóry. O marce Kea Karite już wielokrotnie pisałam. To dobre kosmetyki. Ważne dla mnie jest jeszcze jeden aspekt związany z zakupem kosmetyków tej marki. Kupując je, mam nadzieję, że chociaż odrobinę przyczyniam się do poprawy bytu kobiet z Mali. Zalety mydła z miodem opisałam tutaj.
 
W pielęgnacji twarzy, na noc używałam alepowego kremu z granatem.  Dla mnie był to idealny krem na noc. Wspaniale odżywiał skórę. Uważam, że do dobry krem,  aby co kilka miesięcy przeprowadzić prawdziwą regenerację skóry twarzy. Krem jest bardzo wydajny.  Wystarczył mi na 3,5 miesiąca. Wart jest swojej ceny. Już teraz planuję, że pod koniec zimy ponownie go kupię, aby wiosnę przywitać zdrową i świeżą cerą.
 
 
Prawdziwy projekt denko polega na zużywaniu do końca kosmetyków, które z jakiś powodów zostały przez nas odstawione.  Dla mnie takim kosmetykiem był Olej Kigelia African Earth.  Używałam go wiosną zamiast kremu do twarzy na noc. Jak pojawiła się Alepia  to odstawiłam ten olejek. W połowie sierpnia wróciłam do tego olejku. Pięknie pachniał rozmarynem. Chętnie kupię go ponownie. Uważam, że z uwagi na zawartość rozmarynu z powodzeniem można używać go w celu wzmocnienia włosów.
 
 
Myślę, że savon noir Alepii nie wymaga szczególnej rekomendacji. To moja nieodłączna przyjaciółka. O mojej fascynacji savon noir przeczytacie między innymi tutaj.
 
 
Nie zużywam dużo kremów do stóp. Od czasu do czasu kupuję krem do stóp Sylveco. Dobry skład i działanie, a do tego przystępna cena. Cóż więcej potrzeba?
 
W zużywaniu części kosmetyków uczestniczy cała rodzina. Rodzinne produkty ma Douce Nature. Przez ostanie pół roku naszym kąpielom towarzyszył owocowy płyn/szampon. Wszyscy bardzo polubiliśmy ten płyn.
 
Czas na finansowe podsumowanie. Koszt kosmetyków to 314,70 zł. Nie jest to oczywiście koszt miesięczny. Wiele z tych kosmetyków używałam około 3 miesięcy. W Biolanderze ostatnio pojawiło się dużo nowości. Czas więc wypatrzeć kolejne naturalne perełki.
 
 
 

2 sierpnia 2012

To co dobre kończy się .... czyli „Projekt denko naturalnych kosmetyków” według Bianki - odsłona lipcowa

Czas szybko biegnie. A moje naturalne kosmetyki wcale tak szybko się nie zużywają. To zdecydowany atut. Są takie, które znikają szybko. Wiadomo tymi ostatnimi są mydła. Są i takie kosmetyk, które towarzyszą mi znacznie dłużej.


Wczesne lato to czas, kiedy oczarowują nas kwitnące róże. Ja uwielbiam szczególnie te dzikie, na skraju pól i łąk. Królowało, więc w mojej łazience typowo kobiece różane mydełko Eglantine (klik).
Trudno, aby męska cześć rodziny była tym zachwycona. Róża może nie znajdowała aprobaty z powodu typowo kobiecego pudrowego zapachu, ale glinka biała z nutą świeżych cytrusów znalazła uznanie. Ja też byłam z tego mydełka z białą glinką  zadowolona (klik).



Skończyła się także Alepia z czerwoną glinką (klik). Bardzo pomogła mojej cerze  w walce ze skutkami wiosennego odtruwania organizmu. W ostatnim czasie sporadycznie sięgałam po to mydełko. Uważam, że to numer jeden do zadań specjalnych.
 
Jestem wielką admiratorką hydrolatów. Co jakiś czas zobaczycie pustą szafirową butelkę charakterystyczną dla Argile Provence. Tym razem skończyła się lawenda (klik).To mój ulubiony hydrolat do wieczornej pielęgnacji cery.

Kilka dni temu zobaczyłam także dno w małej butelce płynu micelarnego Argile Provence. 100 ml wystarczyło mi na prawie 3 miesiące. Jak już wcześniej wspominałam płynem tym zmywam tylko makijaż oczu. Szukając wpisu na blogu na jego temat uświadomiłam sobie, ze jeszcze tego produktu Wam nie zrecenzowałam. To wielkie niedopatrzenie z mojej strony. Miałam napisać już dawno.
 
Gapa ze mnie potworna. Przez trzy miesiące stosowałam świetny krem na dzień i też nie wspomniałam Wam o tym ani słowem. Chodzi mi o Pur Aloe Odżywczy krem do twarzy z 35 % zawartością soku z aloesu od Ciel d’Azur en Provence. Mam cerę mieszaną. Krem ten bardzo dobrze sprawdzał się pod makijażem. Dzisiaj chciałam przygotować recenzję, a tu przykra niespodzianka. Nie mam zdjęć. Puste opakowanie niestety nie nadaje się na modelkę.

W pielęgnacji ust przez ostatnie miesiące towarzyszyło mi masło karite o smakowitym waniliowym zapachu (klik). Wydawać się może, że 5 ml to bardzo mało. Masło jest jednak bardzo wydajne. Stosowałam je od końca zimy. To przecież prawie pół roku. Stąd wniosek, że na miesiąc potrzebowałam 1 ml. Warto kupić to maleństwo.

Zakochałam się w Morzu Martwym, a właściwie w błocie pochodzącym z jego wybrzeży (klik). Nigdy wcześniej nie stosowałam błota pachnącego solą i wodorostami. Doświadczenie dla mnie było niesamowite. Taką błotną maseczkę nakładam najczęściej podczas kąpieli w wannie. Wystarczyło zamknąć oczy, aby przenieść się setki kilometrów na dziką plażę gdzieś w Jordanii.


Wspominałam już, że do ciała nie używam balsamów. Wolę olejki lub masło karite. Bardzo lubię też pachnące kosmetyki. Oczywistym jest, że nie mogłam nie mieć olejku o zapachu jaśminu (klik).


Taki pachnący olejek nie jest kosmetykiem do stosowania na co dzień. Szybko by spowszedniał. Olejek stosowałam nie częściej niż raz w tygodniu. Stworzyłam sobie swój mały jaśminowy rytuał. Uwielbiam Feniqię za magię, którą wnosi w codzienność dzięki zapachom.
Pewnie dziwicie się, dlaczego tak mało zużywam kosmetyków do włosów.  Używam szamponu z pokrzywy Douce Nature. Litr szamponu wystarcza naprawdę na długo. Skończyła się jednak moja jedna z ulubionych odżywek. Nazywam ją werbenową (klik) z powodu jej zapachu. Wystarczyła mi na pół roku.

Wśród zużytych kosmetyków nie ma takiego, który by mnie rozczarował. Hydrolat lawendowy ma u mnie ugruntowaną pozycję. Tak jak micel. Kea Karite to dobra marka. Pamiętajmy, że kupując te produkty pomagamy kobietom z Mali. Olejek Feniqii kupię ponownie. Tylko, że o innej nucie zapachowej. Ciekawa  jestem tego różanego.

Krem z aloesem także jeszcze kupię. I nie zapomnę o zdjęciach do recenzji. Błoto z Morza Martwego to moje odkrycie bieżącego roku. A jeśli chodzi o mydła… w Biolanderze jest taki wybór, że czasem zastanawiam się czy życia wystarczy, aby spróbować każdego.

Czas na finansowe podsumowanie. Koszt kosmetyków to 344,90 zł. Nie jest to oczywiście koszt miesięczny. Wiele z tych kosmetyków używałam około 3 miesięcy. Olejek jaśminowy miałam rok czasu. Do zużyć powinnam dorzucić jeszcze płatki kosmetyczne Douce Nature. Jedno opakowanie wystarcza mi na miesiąc. „Wykończone” kosmetyki mają już swoich następców. Jako klasyczna ciekawska kobieta nie mogę oprzeć się nowościom. A tych w Biolanderze mamy sporo. Czas więc na zakupy.

1 lipca 2012

To co dobre kończy się .... czyli „Projekt denko naturalnych kosmetyków” według Bianki - odsłona czerwcowa

„Projekt denko” realizuję konsekwentnie. Na jednym z blogów przeczytałam, że za dwa zużyte kosmetyki powinno kupić się jeden. Taka dyscyplina zdecydowanie jest mi potrzebna. Poprzedni miesiąc był u mnie szczególnie owocny jeśli chodzi o ilość zużytych do końca kosmetyków. W czerwcu trzeba było więc otworzyć wiele nowych opakowań. Za to w niewielu opakowaniach ujrzałam denko.



Z mojej łazienki zniknęło mydło Asinerie de Pierretoun Dzika róża. Wyjątkowo delikatne mydełko. To za sprawą oślego mleka. Uwielbiam różane mydełka. Z tego powodu tak często po nie sięgam.

Żal, że skończyło się Savon noir w płynie o zapachu ambry. Jeśli nie przepadacie za klasycznym czarnym mydłem to ten kosmetyk od Charme d'Orient przypadnie Wam do gustu. Delikatna bursztynowa galaretka o ciepłym zapachu czyni skórę wyjątkowo gładką i miękką.

Do ciała nie używam balsamów. Wolę olejki lub masło karite. Preferuję także ciepłe orientalne zapachy. Nie mogło więc zabraknąć w mojej łazience olejku do masażu bio o zapachu ambry.
Kosmetyki Charme d'Orient długo mi towarzyszyły, całą zimę i wiosnę. Długo. A to dlatego, że są wydajne.

Długo towarzyszył mi także hydrolat werbenowy. Kupiłam go zimą. I wtedy się nie sprawdzał. Cieplejsza pora roku sprawiła, że cera znowu przetłuszcza się. Hydrolat wrócił do łask. Z lubością sięgnęłam już po drugą butelkę.

Cztery „wykończone” kosmetyki to niezbyt dużo. Ich koszt to 243 zł (bez rabatu). Nie jest źle. Hydrolat wystarcza średnio 6 tygodni, mydło znika szybko a perełki od Charme d'Orient królowały w łazience pół roku.

Z opisanych kosmetyków zrecenzowałam wszystkie dlatego w tym poście nie rozpisuję się na ich temat. Jeśli któryś z nich zainteresował Was wróćcie do rezeznji. Ja po wszystkie dziś przedstawione z pewnością jeszcze sięgnę nie jeden raz.


Zrecenzowałam:

Mydło Asinerie de Pierretoun Dzika róża (kilk)
Hydrolat werbenowy Argile Provence (klik)
Charme d'Orient Savon Noir w płynie o zapachu ambry (klik)
Charme d'Orient Olej do masażu o zapachu ambry (klik)


2 czerwca 2012

To co dobre kończy się ... czyli "Projekt denko naturalnych kosmetyków" według Bianki - odsłona majowa

W ubiegłym miesiącu, a właściwie w kwietniu,  sama narzuciłam sobie „projekt denko”. Ma mnie to zdyscyplinować w zużywaniu kosmetyków do samego końca. Ma także pozwolić oszacować wydatki na kosmetyki, czas przez jaki używam dany kosmetyk. W konsekwencji projekt mój ma odpowiedzieć na pytanie ile tak naprawdę kosztuje naturalna pielęgnacja.
Maj to ciężki miesiąc. Zużyłam sporo kosmetyków i tym samym braki trzeba było uzupełnić.


Oczywiście mydeł w moim domu „idzie” najwięcej. Lubimy naturalne mydła i właśnie je wybieramy najczęściej do mycia.
Uwielbiam Feniqię. Już pod koniec kwietnia sięgnęłam po rumianek. Ślicznie pachnie, delikatnie pieści skórę łagodząc podrażnienia. Drugie mydło, które towarzyszyło nam podczas kąpieli to Gaiia Le soyeux. Mydło to pachnie imbirem, kardamonem i olejkiem z drzewa różanego. Należy do dość miękkich mydeł. Bogate jest w roślinną glicerynę. Wszystkim przypadło do gustu.



Przez kilka miesięcy towarzyszyła nam Alepia 80 %. Używana była może trochę rzadziej, do mycia ciała w sytuacji kiedy pojawiały się problemy skórne. Lubię ten charakterystyczny zapach alepowych mydeł. Duża zawartość oleju laurowego nadaje jemu charakterystyczną ostrą woń i nadaje mu cech mydła leczniczego.

Szafirowa butelka po bławatkowym hydrolacie nie trafi do kosza. Nie wyrzucam tych szklanych butelek. Zawsze można je wykorzystać w jakiś twórczy sposób. A jeśli chodzi o hydrolat, stosowałam go do zmywania makijażu oczu, na zmianę z płynem micelarnym. Kiedy mam bardzo zmęczone oczy robię bławatkowy kompres. Nasączam hydrolatem płatki kosmetyczne i przykładam na 15 minut na zamknięte powieki. Relaks dla oczu wyjątkowy!


W maju przyszło także rozstać mi się z Serum Tenseur Vegetal Argile Provence. Mała butelka o pojemności 30 ml zawiera wyjątkowo wydajny kosmetyk. Używałam tego serum od połowy grudnia ubiegłego roku. Przez pierwsze dwa miesiące odrobinę nanosiłam na skórę wokół oczu raz dziennie. Zauważyłam, że zmarszczki uległy wyraźnemu spłyceniu. Po tym czasie ograniczyłam stosowanie serum do 2-3 razy w tygodniu. Serum wystarczyło mi więc na pół roku.

Jeszcze lepszą wydajnością może poszczycić się Podkład w kremie Sable Argile Provence. Każdego dnia wiernie towarzyszył mi od końca września ubiegłego roku. Makijaż robię codziennie.
Dopiero teraz pisząc ten tekst uświadomiłam sobie, że nie zrecenzowałam dla Was tego produktu. To moje wielkie zaniedbanie. Martwi mnie, że obecnie odcień sable nie jest dostępny. Kiedy tylko się pojawi sięgnę po kolejne opakowanie. A wtedy z pewnością przeczytacie co o nim sądzę.

Dwa kolejne kosmetyki także należą do tych bardziej wydajnych, pewnie dlatego, że nie używam ich codziennie. Nie wyobrażam sobie tygodnia bez stworzenia we własnej łazience chociażby namiastki hammamu.




Savon noir mam zawsze w kilku rodzajach. Przyszedł kres na Savon Noir Eukaliptusowe Charme d'Orient. Jest to jedno z moich ulubionych "czarnych mydeł". Sięgnę po nie jeszcze. Słoik, w którym było zamknięte także nie skończy w koszu na śmieci. Z powodzeniem wykorzystam go do przechowywania różnych drobiazgów. Lubię w kosmetykach to, że ich ładne i funkcjonalne opakowania można wykorzystać na wiele sposobów.

O moją suchą skórę dbało masło karite o zapachu monoi. Zapach ten przenosi mnie do raju.
Savon noir i masło karite mają już godnych następców. Wrócę jednak do obu tych kosmetyków.

Przyszedł czas na szampon Biorgane z olejem arganowym i karite bio. Firma połączyła właściwości masła karite i oleju arganowego. Zużyłam go do ostatniej kropli. Do wczorajszego mycia wypłukałam butelkę.

Skończyła się także moja ulubiona woda perfumowana. Z przykrością stwierdziłam, że nie jest dostępna.

Dużo się zebrało pustych opakowań.
Koszt opisanych kosmetyków – 474, 85 zł (bez rabatu). Dużo wyszło. Mam nadzieję, że w czerwcu niewiele zużyję kosmetyków. Czas pokaże.


Z opisanych kosmetyków opisałam:
Mydło Alepia 80 % (klik)
Mydło Gaiia Le soyeux  (klik)
Wodę bławatkową Argile Provence (klik)
Rosalia Serum Tenseur Vegetal Argile Provence (klik)
Charme d'Orient Savon Noir Eukaliptus (klik)
Masło karite Monoi Tiare La Maison du Savon de Marseille (klik)
Wodę Perfumowaną Ogród Herbaciany (klik)

2 maja 2012

To co dobre kończy się ... czyli "Projekt denko" naturalnych kosmetyków według Bianki - odsłona kwietniowa

Dopadła mnie potrzeba napisania postu „denkowego”, „zużyciowego” czy jakby go tam nazwać. Nie wiem czy spodoba się Wam ten post. Po co to robię? Trochę dla siebie, aby zdyscyplinować się w zużywaniu do końca kosmetyków. Nie zdarza się mi często porzucać kosmetyku w połowie opakowania. Czasem jednak przy samym końcu jest ta pokusa. Robię to też dla Was, moje Czytelniczki, aby pokazać, że w naturalnych kosmetykach jest coś dziwnego – nie zużywają się szybko.
Mam tylko kilka pustych opakowań.


Zacznę od mydeł. W ich zużywaniu brała udział cała rodzina czyli 4 osoby.


Oliwkowa klasyczna Feniqia służy nam do mycia rąk, twarzy, ciała, higieny osobistej. Rewelacyjne rodzinne mydło. Kostka o wadze 180 g była z nami ponad dwa miesiące. Lubimy to mydło i już zużywamy następne. Nie pisałam o nim, proste i klasyczne. W wolnej chwili powstanie recenzja.

Mydło eukaliptusowe Feniqii o wadze 75 g wystarczyło na trzy tygodnie. Używane raczej do wieczornej toalety. Pachnąca Feniqia – uwielbiam te małe pachnące cudeńka.

Nie używam żadnych specjalnych kosmetyków do demakijażu poza płynem micelarnym Argile Provence. Zmywam nim tylko oczy (maluję się codziennie). Muszę koniecznie Wam o nim napisać. Butelka 100 ml wystarczyła mi na 2,5 miesiąca.

Wieczorny demakijaż kończę wodą lawendową. Wspaniale koi, łagodzi podrażnienia. Woń lawendy sprawia, że demakijaż staje się seansem aromaterapii. Butelka 200 ml wystarczyła mi na 3 miesiące. Ten hydrolat zawsze muszę mieć. Rozpoczęłam już następną butelkę. Producent zmienił grafikę na opakowaniu. Zawartość jednak pozostała bez zmian.

Na trzy miesiące stosowania (dwa razy dziennie w lutym, w marcu i kwietniu tylko rano) wystarczył mi krem nawilżający z różową glinką Laboessential o pojemności 30 ml.



Moja cera bardzo polubiła ten krem. Producent zaleca, aby krem zużyć w ciągu 2 miesięcy od otwarcia. Kremu wystarczyło mi na miesiąc dłużej. Nic złego się nie działo z kremem. Nie zmienił zapachu ani konsystencji. Teraz używam już innego kremu, wrócę jednak do kremu z różową glinką.

Pozostały jeszcze włosy. Włosy myję co drugi dzień, raz w tygodniu nakładam olej. Lubię produkty z glinką, więc sięgnęłam po szampony z glinką. Szamponu z zieloną glinką Laboessential przeznaczonego do włosów tłustych jeszcze Wam nie opisywałam. Doskonale spisywał się w zmywaniu oleju z włosów. Wydajność dość dobra – 3 miesiące przy stosowaniu 1 raz w tygodniu (mam podejrzenia, że nie tylko ja z niego korzystałam).


Jeden raz w tygodniu nakładałam także odżywkę Alepii na włosy. Moja ukochana odżywka z Alepii skończyła się. W ostatnich miesiącach bardzo ją oszczędzałam widząc, że jest niedostępna. Jest to mój zdecydowany faworyt wśród odżywek. Jej ograniczona dostępność sprawiła, że butelka o pojemności 300 ml wystarczyła mi na 8 miesięcy! Kiedy tylko znowu będzie można ją kupić – obiecuję zdjęcia i recenzję.

Na koniec podliczyłam koszt opisanych kosmetyków – 219, 75 zł (bez rabatu). Czy to dużo czy mało?
Same oceńcie. To mój pierwszy post typu „denko”. Jeśli taka jego forma przypadła moim Czytelniczkom do gustu, będę kontynuować jego formułę w następnych miesiącach.

Z opisanych kosmetyków zrecenzowałam:
Mydło eukaliptusowe Feniqia


Moje kosmetyki kupuję w Biolanderze!
Z kodem rabatowym ep-0882 - 5 % taniej!

LinkWithin

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...